|
Urodziłam się i wzrastałam w pobożnej wiejskiej rodzinie. Byłam wrażliwym dzieckiem. Z relacji cioci wiem, że mając kilka lat, bardzo boleśnie przeżyłam śmierć rówieśnicy; żarliwie modliłam się przy jej trumnie i bardzo płakałam. W jedenastym roku życia, tato zabrał mnie na modlitwę do domu zmarłej staruszki. Widok jej bladej twarzy na tle czerni tak mnie przeraził, że od tej pory nieustannie miałam go przed oczyma. Paraliżujący strach ogarniał mnie na widok cmentarza oraz w ciemności. Paniczny lęk wywoływało skojarzenie miejsca. A ponieważ w naszym domu był taki sam układ pomieszczeń, ilekroć uświadomiłam sobie, że jestem sama, wpadałam w popłoch, wybiegałam na zewnątrz i czekałam na powrót kogoś z rodziny. Unikałam pogrzebów, nie byłam w stanie wejść do domu żałoby. Nie pożegnałam się z jedyną babcią, a pogrzeb mieszkającej z nami cioci przeżyłam odurzona lekami. Panicznie bałam się własnej śmierci, prześladowała myśl, że obudzę się w grobie – było to zapewne skojarzenie słuchanych w dzieciństwie opowieści. Wyjazd z rodzinnego domu i nowe wyzwania stłumiły problem. Skoncentrowałam się na sobie. Nadużywając wolności odeszłam od Kościoła i wkrótce wpadłam w depresję. Po nawróceniu, pragnąc służyć ludziom, szukałam pracy, która by mi to umożliwiła. Trwał wtedy stan wojenny, zmiana pracy graniczyła z cudem i tak dziś odczytuję nieoczekiwane zatrudnienie w szkole oraz następujące po tym wydarzenia. Dzięki poznanej w nowym miejscu pracy Marysi, w styczniu 1985 roku trafiłam na rekolekcje ewangelizacyjne, a w lipcu do Krościenka. Tu spotkałam, po raz ostatni posługującego na wakacyjnej Oazie, Księdza Wojciecha Danielskiego. Pan Bóg ponownie postawił na mojej drodze życia świętego kapłana. Już podczas pierwszej Eucharystii zafascynowały mnie Jego homilie i mocny akcent na „świadectwo życia”. Było to słowo z mocą, które trafiało z zatroskanego o dusze powierzonych sobie owieczek kapłańskiego serca, wprost do serca słuchacza. Zapadało głęboko i dokonywało przemiany. W notatkach, które przechowuję jak relikwie, podkreśliłam najważniejsze dla mnie słowa z homilii Księdza Wojciecha: „Otrzymaliśmy światło, stajemy się światłością; potrzeba, aby nasze życie było świadectwem wobec ludzi, aby inni, widząc moje dobre uczynki odnajdywali drogę wiodącą do Boga. (…) Niech mnie Chrystus strzeże, abym swoim życiem nie blokowała innym dostępu do Boga. (…) Niech nasze życie będzie ewangelizacją dla coraz bardziej poganiejącego świata. (…) Od naszego życia zależy nawrócenie wielu…” Na miarę swoich możliwości starałam się wprowadzać je w życie. Również pod wpływem zachęty księdza Wojciecha, do dziś odmawiam kapłańską modlitwę przed Komunią Świętą: „Panie Jezu Chryste, Synu Boga Żywego, który z woli Ojca, za współdziałaniem Ducha Świętego przez śmierć swoją dałeś życie światu, wyzwól mnie przez Najświętsze Ciało Twoje od wszystkich nieprawości moich i od wszelkiego zła. Spraw także, abym zawsze zachowywał Twoje przekazania i nie dozwól mi nigdy odłączyć się od Ciebie” W notatkach pozostała mi również rada księdza Wojciecha, aby stając wobec trudności, odmawiać sekwencję do Ducha Świętego - odkryłam ją na nowo i wprowadzam w życie. Ksiądz Wojciech przemawiał nie tylko słowem, ale całą swoją osobą. Jego postawa, każdy gest, wyrażał ogromną troskę o piękno liturgii, cześć wobec Najświętszego Sakramentu i szacunek dla wszystkiego, co święte. W ramach przygotowania do Eucharystii odbywały się nie tylko próby śpiewu, ale także próby procesji komunijnej. Każdy przystępujący do Stołu Pańskiego wiedział, w jaki sposób i w którym momencie przyklęknąć, jak powracać na miejsce, aby wszystko odbywało się w doskonałej harmonii, jak przystało na przedsmak liturgii niebiańskiej. Odtąd każdy „brak” w tym względzie, jest dla mnie wielkim bólem serca. W takich chwilach myśl moja natychmiast biegnie do księdza Wojciecha. Jemu się żalę i proszę, aby pomógł powrócić do wyrażania w liturgii także na zewnątrz szacunku wobec Pana Jezusa Eucharystycznego. Ksiądz Wojciech dbał również o to, aby niewiasty nie wchodziły do świątyni w spodniach. Nie mogłam o tym zapomnieć. Pozostałam wierna Jego poleceniu i bardzo „boli mnie serce”, gdy widzę coraz większą „swobodę” w tym względzie. W miarę swoich możliwości staram się reagować, mimo iż widzę, że jest to „walka z wiatrakami”. O zaawansowanej chorobie i wielkim cierpieniu księdza Wojciecha usłyszałam w czasie rekolekcji. W zachowaniu kapłana nie można było dostrzec śladów cierpienia - w niczym się nie oszczędzał, dawał z siebie wszystko. Współczując i pragnąc ulżyć cierpiącemu, nie zapisałam się do spowiedzi u księdza Wojciecha i wtedy przyszła myśl, że Pan Jezus może w inny sposób udzielić mi łaski, którą otrzymałabym przez posługę tego świętego kapłana. W krótkim czasie po śmierci Księdza Wojciecha zdobyłam zapis dźwiękowy uroczystości pożegnalnych. Dość długo odkładałam słuchanie i nie przypominam sobie, kiedy to wydarzenie miało miejsce. Z wysłuchanych wypowiedzi pożegnalnych różnych osób zapamiętałam wiele słów, wszystkie były dla mnie ważne. Pan Bóg jednak do uzdrowienia posłużył się opowiadaniem. Nawiązując do heroicznej wiary zmarłego kapłana w życie wieczne i zmartwychwstanie, ksiądz biskup wspomniał o historii obrazu śmierci, który znajdował się w jednym z watykańskich pomieszczeń. Była to ogromna, budząca grozę postać z kosą w ręku, obleczona w białe prześcieradło. Gdy to spostrzegł nowo wybrany papież, polecił natychmiast sprowadzić artystę, aby namalował w tym miejscu postać anioła ze złotym kluczem w ręku. Po tych słowach uświadomiłam sobie, że nie boję się śmierci. W jednej chwili otrzymałam taką pewność, a równocześnie nie mogłam w to uwierzyć. Wkrótce zmarła moja najbliższa współpracownica i wybrałam się do jej domu na modlitwę. W drodze jeszcze walczyłam z niepewnością, ale gdy podeszłam do zmarłej, rozwiały się wszelkie wątpliwości. Od tej pory minęły 24 lata, przeżyłam wiele pogrzebów, śmierć mamy, a w ostatnim czasie odejście taty. Tego dnia po raz pierwszy sama towarzyszyłam konającemu. Było to dla mnie bardzo ubogacające, wręcz mistyczne doświadczenie. Tato odchodził o świcie – światło gromnicy rozpraszało resztki mroku panującego w mieszkaniu. Tuż przed skonaniem nie byłam już w stanie modlić się słowami, trwałam w milczeniu. Miałam pewność, że jest z nami Matka Boża, którą tato przez całe życie czcił i modlił się do Niej. Od tego dnia wiem, co kryje się w słowach MAJESTAT ŚMIERCI. Śmierć obydwojga rodziców, była dla mnie okazją do dziękczynienia Panu Bogu za ich piękne i ofiarne życie oraz za dobro, które przez nich stało się moim udziałem. Nie mogłam płakać, wiedząc, że rodzice przeszli do Życia, gdzie nie ma już trudu, cierpienia ani łez. Kilka tygodni przed śmiercią taty przeczytałam w „Niedzieli” słowa, pod którymi teraz mogę się podpisać: „Im więcej ludzi mi bliskich odchodzi do Pana, tym mniej czuję się samotna. To tak, jakby ci, którzy odeszli, byli teraz dla mnie już cali, tylko moi. Ale także jakby opustoszałe po nich miejsca wypełnił swą obecnością Pan Bóg. I tak Pana Boga jest w moim życiu coraz więcej”. Nie muszę już, jak przez wiele lat, do rodziców wyjeżdżać. Mogę być z nimi, kiedy tylko zapragnę, podczas każdej modlitwy, a w szczególny sposób w chwili, gdy przyjmuję Pana Jezusa w Komunii Świętej, gdyż wiem, że wszyscy - na ziemi, i w wieczności - w Nim żyjemy. Moje myślenie o śmierci zadziwia wielu, także mnie samą, ale wiem, że zawdzięczam to Księdzu Wojciechowi, Jego wstawiennictwu u Boga. „Mój Pan żyje! Niech będzie wywyższony i błogosławiony Bóg zbawienia mego!” Słowa tej pieśni, śpiewane z radością, choć przez łzy, podczas uroczystości pożegnalnych Księdza Wojciecha, towarzyszą mi przez wszystkie lata po uzdrowieniu. Wyrażam nimi radość i wdzięczność wobec wszechmogącego Boga za jeden z wielu w moim życiu cudów Jego łaski. Maria Biedka, Lesko
|